poniedziałek, 9 lipca 2012

Ulotkarz drogowy

Efektu rozdawania ulotek 7-8h dziennie na upale. Nie zauważyłem nic. Nie czułem, że mnie piecze i że mnie spaliło. Nagle współlokatorzy zaczęli "zachwycać" się moim karkiem i później się dowiedziałem dlaczego
Skąd się to wzięło? Efekt pracowania jako ulotkarz. Oprócz "naturalnej białej koszulki" i opalenizny wyciągnąłem ciekawe dla mnie wnioski z tej pracy.

Pracuję jako ulotkarz jednak różnica między poprzednią pracą a tą, którą teraz wykonuje (okres czerwiec-lipiec '12) jest taka, że ja stoję na światłach na lewoskręcie i gdy jest czerwone rozdaje kierowcom ulotki a gdy jest zielone to wracam na początek, żeby znów zacząć od nowa. Później zauważyłem jaka jest różnica. Po pierwsze nie masz a tak za bardzo dużo czasu rozmawiać z ludźmi a jak tak to tylko przez okres kiedy jest zapalone czerwone światło i nie da się zbudować bliższego kontaktu. Były sytuacje gdy można było spokojnie złapać chociaż kontakt niewerbalny. Raz udało mi się rozbawić tak dziewczyny, że przyjechały jeszcze raz, żeby mi dać mentosa i porozmawiać :P Pojawiały się schematy, które były dla mnie niespodzianką np. nie mając w ogóle wody kierowca dał 1l wody albo byłem głodny to jeden kierowca dał skrzydełko z kurczaka z KFC zadawając odpowiednie pytania.
Pracuję od czerwca. 7z na godzinę. Stoję i rozdaję. Na początku miałem stać tylko pięć godzin dziennie i mieć weekendy wolne ale później się okazało, że postanowiłem stać 7-8h dziennie i w soboty też, żeby zarobić 300zł tygodniowo.
Ta praca mnie sporo nauczyła i się cieszę, że teraz pisząc zostało mi 10 dni pracy (przez jeden tydzień będę na eddu campie więc ten tydzień odlatuje z grafika pracy). Cieszę się, bo zrozumiałem pewną istotną rzecz.
Kiedyś - kiedy byłem bezrobotny myślałem tylko o jednym "jakaś byle jaka praca, żeby mógł pieniądze zarobić!" no i tadam. Trafiła się byle jakaś praca i zarabiam jakieś tam pieniądze. To jest potrzebny okres do wzrastania jeśli chodzi o budowanie fundamentów finansowych. Na początku byłem bezradny w finansach wierząc, że mam jestem idealnym przykładem umiejętności, które posiadam czyli niemożność zarobienia pieniędzy - uzależniony od źródeł innych (rodziców) i nie mogąc znaleźć w ogóle pracy. Rok temu znalazłem i w ciągu 12dni zarobiłem 200zł co już było pierwszym krokiem, żeby doświadczalnie mieć kontrprzykład, że nie wpojone przeze mnie przekonanie o "niemożności zarobku" zostało obalone. Jednak można zarobić pieniądze. Wystarczy odpowiednio szukać.
W tym roku jak rzuciłem studia zacząłem zarabiać jako ulotkarz uliczny. W okresie styczeń-luty gdy rozdawałem na ulicy ulotki w ciągu trzech tygodni zarobiłem 540zł co już było dla mnie kolejnym progiem, że da się zarobić na tym co się lubi robić (chodzenie po ulicy i rozdawanie przechodniom było dla mnie ciekawym zajęciem). Buduje się mój kręgosłup finansowy i czas na kolejny etap. I pojawiła się propozycja pracy jako ulotkarz drogowy. Więcej zarabiałem niż poprzednio, gotówkę dostaję tygodniowo i dopiero teraz czuję, że nadszedł czas, żeby iść dalej, żeby nie zostawiać na tym samym poziomie. Poznałem 46-latka Roberta, który rozdaje ulotki od pięciu lat! Nie mogłem zrozumieć dlaczego jednak później zauważyłem u niego przekonania, które powodują, że zamiast szukać innej opcji zostaje na tym samym poziomie. "Nie ma pracy w Polsce. Jak się znajdzie pracę trzeba trzymać tej pracy rękami i nogami". Ciągle mówił "ooo, to niezła odpowiedzialność. Odpowiedzialna praca". Bał się np. zarabiać jako motocyklista, który roznosi pizze (dostaje napiwki choć godzinowa stawka taka sama), bo trzeba wziąć większą odpowiedzialność niż taki ulotkarz. Na moje oko coś zrobił w przeszłości i skojarzył odpowiedzialność z negatywnymi konsekwencjami i boi się wyzwań a samo wyzwanie to zrobienie czegoś nowego więc pojawi się lęk przed nieznanym i odwagą się nazywa kiedy robisz to pomimo odczuwania lęku a nie spitolania od bodźca, który go wywołał. Projektuje na mnie pewne cechy np. rozmowa z kierowcami to dla niego jest aktem odwagi. Jednak rozumiem czemu on to robi - w imię bezpieczeństwa i zachowania sfery komfortu. Mogę znaleźć przykłady, które robię podobnie. Jednak nie chcę popełnić błędu jak on czyli zostać na tym poziomie zarobku robiąc to przez 5 lat, ponieważ to się doskonale zna. 5 lat to jest przekroczenie dla mnie granicy. Przedszkole jest interesującym etapem człowieka, który dorasta jednak pozostanie na poziomie przedszkola mając osiemnaście lat to już przegięcie i staje się ograniczeniem. I z boku patrząc na Roberta zauważyłem pewną niedogodność. Ciągle mówi, że kierowcy nie są mili, że nie traktują z szacunkiem ulotkarza. Na pewno mówi i traktuje tych kierowców bardzo miło i z szacunkiem. Narzeka na system, obecną sytuację w Polsce, że wykorzystują człowieka za psie pieniądze, że mentalność ludzi tutaj jest zamknięta, chciwa, niemiła. Na pewno on nie jest przedstawicielem podobnej mentalności. Cały czas mam wrażenie, że mówi o sobie projektując na kierowców/rząd/innych ludzi. Z boku mogłem to zobaczyć jednak on identyfikując się ze swoimi racjami i poglądami nie widzi tego nie widząc w tym sprzeczności, że sam te cechy właśnie prezentuje. Ciekawe doświadczenie z obserwacji drugiego człowieka. Najgorsze jest to, że zaczyna to powtarzać w kółko to samo jakby miał siebie przekonywać, że to co mówi jest prawdą. Okazuje się, że też mam podobne mechanizmy co on np. narzekanie na niego, że narzeka a przecież sam narzekam.
Fantastycznie, że zacząłem zarabiać kilka stów tygodniowo i dziękuję za to, że mam taką możliwość, bo zdaję sobie sprawę, że kiedyś to było moim marzeniem, że pamiętam jak byłem wkurzony na siebie, że nawet stówy nie mogę zarobić czując bezsilność. Nauczyło mnie ta praca wytrwałości i cierpliwości. Stanie 7-8 godzin dziennie od poniedziałku do soboty to jest dla mnie wyczyn. Po pracy cały spocony idę się kąpać i nie mam ochoty nic robić ("nic" w sensie leżenie w łóżku i odpoczywanie regenerując siły na następny dzień). Zobaczyłem konsekwencje wyboru "jakaś byle jaka praca, żeby kasa tylko była". Kasa jest ale jakim kosztem. Monotonia i robienie ciągle to samo. 7-8h w ciągu dnia spędzam stojąc i rozdając ulotki a mógłbym np. coś kreatywnego przez ten okres czasu zrobić. 36-42h, które spędzam tygodniowo na ulotkach mógłbym inaczej spożytkować. Jednak decyduję, żeby rozdawać ulotki, bo kasa mi jest cholernie potrzebna, żeby zarobić na swoje marzenia oraz żeby spłacić długi i mieć czyste konto. Dlatego następne wakacje postanawiam znaleźć pracę, która będzie bardziej kreatywna niż poprzednia. Zmieniły się moje standardy. To już nie chodzi, żeby mieć "jakąkolwiek" prace, żeby była kaska tylko, żebym mógł spełniać się w tej pracy bardziej. Świadomość, że zarabiam 50zł dziennie powoduje, że podświadomie się we mnie zmienia spojrzenie na temat pieniędzy, że jest to możliwe, żebym mógł mieć dochód. Podczas pracy szukałem w sobie skąd się wzięło ograniczenie, że podświadomie wierzę, że mnie stać na xx pieniędzy i że jak dostaję xxx zł to czuję "wooow ale dużo" albo "nie wierzę". Czemu nie mogę przekroczyć, że mogę zarobić xxxx zł? Jak nawet dostaję kilka stówek od pracodawcy to zauważyłem, że jest pewna cząstka mnie, która uważa, że nie zasługuję, że powinienem dostać za pracę 20zł - co tam, że harówka jest duża. To są przekonania pochodzące z dzieciństwa, które ograniczają widzenie w polu finansowym. Co małe dziecko mogło zrozumieć gdy babcia od strony mamy jak mi chciała dać 20zł i nagle mama z pretensjami do babci, że nie powinienem dostać tych pieniędzy? Jak było 100zł to była dopiero awantura. Do dziś jak babcia chce mi coś dać to daje w takim miejscu, żeby mamy nie było w pobliżu. Jak dziecko mogło zrozumieć tą sytuację? Pomyśli, że to mamy problem, że ma widzimisię dotyczący darowania mi pieniędzy i nie muszę brać to osobiście, bo jestem w stanie sam zarobić taką kwotę? Nie. Połączyłem skojarzenia z pieniądzmi z tą sytuacją, które zdarzały się od czasu do czasu i zgeneralizowałem na wszystkie konteksty finansowe, że z nimi coś jest nie tak, że dostawanie pieniędzy od kogoś (nie ważne czy to babcia czy pracodawca) jest nieakceptowalne i niemiłe widziane. Pojawił się konflikt wewnętrzny w tym czasie, że jednocześnie chcę pieniędzy, bo fajnie je mieć a jednocześnie czułem odpowiedzialny za emocje mamy (negatywne), która w tej sytuacji wyrażała swój przeciw i czułem poczucie winy z tego powodu. Dlatego mam schemat, że jak dostaję pieniądze to czuję się winny, że coś jest nie tak, że nie powinienem dostać, które pochodzi od dzieciństwa. I nie dziwię się, że moja sytuacja finansowa jest jaka jest. Czas dorosnąć i zaktualizować stosunek do pieniędzy. Mam cały rok, żeby popracować nad tym, żeby następna praca miała walory twórcze (ciekawsze niż mechaniczne rozdawanie ulotek jak robot) oraz, żeby więcej zarabiać.
Ta praca mnie nauczyła dystansu. Strasznie się wkurwiałem gdy podchodziłem do kierowcy a on traktuje mnie jak powietrze. Ja już wolę negatywną reakcje typu machnięcie ręką, żebym odszedł albo powiedzenie nawet "spieprzaj". Dla mnie obelgą jest ignorancja mojej obecności. Widać, że jestem, widać, że chcę dać ulotkę, nawet niech powie proste "nie", że nie chcę jest już OK niż po prostu bawienie się, że mnie w ogóle nie ma. Stanąłem na chwilkę i pomyślałem skąd to się wzięło, że tak reaguję ze wściekłością gdy ktoś mnie ignoruje. Ignorancja to też jest w jakiś sposób reakcja/odpowiedź ze strony kierowcy - akurat wybrał taką robotę. To mnie uświadomiło, że coś jest pod spodem związane z silnym cierpieniem. Na razie widzę tylko liście i nie doszedłem do korzeni więc nic tutaj nie napiszę, bo aktualnie tylko zlokalizowałem problem, pewien pattern, który się pojawia w moim życiu gdy jakiś człowiek traktuje mnie jak powietrze i z automatu mam ochotę lutnąć komuś w twarz albo powiedzieć z wściekłością "tak? nie? pocałuj mnie w dupę? spierdalaj? jakaś odpowiedź do kurwy nędzy!" (takie zauważyłem dialogi wewnętrzne gdy kierowca ignorował mnie). Później postanowiłem zmienić reakcję na ignorancję. Albo rozumiem, że każdy ma wolny wybór i kierowca wybrał akurat tą opcję i nic na to nie wpłynę więc nie warto przejmować się tym faktem albo zaczynam się bawić np. tańcząc koło samochodu, robiąc cokolwiek, żeby przykuło uwagę kierowcy, że jednak istnieję (i tak zazwyczaj jak zauważą to mówią "nie"). To może wydawać dziwne i dla mnie jest gdy teraz piszę, że przejmowałem się odrzuceniem ulotki. Odrzucenie ulotki jak ktoś powie "nie" czy da gest, że nie chce nie robi dla mnie większego wrażenia i idę po prostu dalej ale jak pojawia się ignorancja to wtedy coś mnie chwyta za serce. Nawet moje słownictwo, że kierowcy odrzucają ulotki. Kto kogo odrzuca? Zmieniłem słownictwo, że nie biorą ulotek albo zmieniam na "tyle jest odrzuceń" na "tyle jest niebrań". Nauka, że ludzie mogą na moją intencje (wyobrażałem sobie, że dając ulotkę daję np swoją intencje, że chcę np. kogoś poznać albo poprosić o coś albo przekazać) mogą powiedzieć nie i jest to elementem życia i nic na to nie poradzę. Zauważyłem, że niemożliwością jest to, że każdy nie weźmie mojej ulotki (nie zgodzi się na moją intencje) oraz że niemożnością jest doprowadzenie samego siebie do poziomu, że każdy się zgodzi na zabranie ulotki. Mogę popracować nad tym, żeby być bardziej życzliwy i miły, szczerze się uśmiechać, bawić się niewerbalnie z kierowcami ale tak czy siak zdarzy się ktoś kto na moje pozytywne intencje (danie pozytywnych emocji) nie będzie chciał na to patrzeć. Zamiast koncentrować się na tym jak zlikwidować zjawisko odrzucenia koncentruje się na tym jak żyć z odrzuceniem, jak mądrze i pozytywnie zareagować na odmowę ze zrozumieniem, że odrzucić mogę sam siebie. Jak człowiek zaakceptuje odrzucenie to nie ma odrzucenia po prostu jest informacja, że dany osobnik nie jest zainteresowany moją propozycją i ma do tego prawo.  
Ta praca mnie nauczyła wytrwałości. Mam wytrzymać do danej godziny i koniec. Umysł ucieka w przeróżne ucieczki (w wyobrażenia, dialogi wewnętrzne), próbuje mnie przekonać, że nie warto tego robić. Ucieczka od uczucia monotonii i nudy. Jednak gdy zaakceptowałem fakt, że faktycznie jest nudno i że jestem takim ludzkim robotem to przestało mi przeszkadzać, ba, zauważyłem, że to takie nudne nie jest i jak chcę mogę sobie urozmaicić sam sobie pracę.
Ulotka musi być dostarczona do kierowcy. Nie ważne w jaką pogodę czy jakie jest nastawienie kierowcy. Rozdawałem ulotki przy mrozie -25 stopni, rozdawałem ulotki w deszczu, rozdawałem ulotki przy upale 36 stopni, rozdawałem ulotki gdy grad padał. Może samo stwierdzenie "ulotka musi dostarczona każdemu kierowcy" i nastawienie, że nie ważne od warunków pogodowych (upał, ulewa, grad, mróz) ulotka musi zostać dostarczona jest dziwne patrząc na to z boku. Może faktycznie nie zmieni nikomu życia ta ulotka no bo to jest reklama, która na niej nie skorzystam gdy klient pójdzie do tego sklepu z ulotką i nie dostanę prowizji. Jednak tu nie chodzi o kontekst ale o nastawienie. W tym kontekście faktycznie sam przyznam wygląda bezsensu no bo opuszczenie kilka kierowców nic nie zmienia, bo tu chodzi tylko o rozdawanie i jest płacone za godzinę. Ale jak zmienić kontekst to akurat to nastawienie będzie błogosławieństwem. Rzeczy nie zawsze idą tak jak byśmy chcieli (inne warunki atmosferyczne jakie sobie wyobrażaliśmy, inna sytuacja, nagły zwrot akcji w życiu, który rzeczywistość jest inna niż przewidział to doskonały plan). W sporcie na przykład Derek Redmond był faworytem biegu na 400 metrów podczas olimpiady w Barcelonie w 1992 r. Podczas biegu Derek poczuł przeszywający ból, który zmusił go do przerwania walki o złoty medal. On jednak się nie poddał i postanowił ukończyć wyścig mimo wszelkich przeciwności… albo tutaj http://www.youtube.com/watch?v=9MQQKOqobDg . Nie ma że niewygodnie, nie ma że uciekanie od nieprzyjemnych emocji w co innego. W porównaniu z siedzeniem w szkole siedem godzin to jest pryszcz. Tam chociaż coś się dzieje niż na ulotkach.
Poznałem Marka, który też ma 46lat jest bezrobotny i dorabia jako ulotkarz. I zaskoczyła mnie jego historia. On był głównym menadżerem i szoferem swego szefa w firmie, która produkuje piwo "strzelec". Opowiadał historie, które dla mnie na moment dzisiejszy jest abstrakcją, po prostu czysta bajka. Praca idealna, szef powiedział wszystkim viceprezesom, że to jest jego szofer i żeby nikt nie próbował go "wykorzystać". Miał urlop płatny w Mielnie na tydzień, że jakby szefa żona chciała gdzieś pojechać to żeby szofer był do usług. Zarabiał 4 tysiaki na miesiąc. I widzę teraz, że zarabia na ulotkach 7zł na godzinę... po prostu taki przeskok, że wow... tylko dlatego, że firmę sprzedali Duńczykom i zrobiono czystki.
Zacząłem się cieszyć, że 7zł zarabiam (na początku narzekałem), ponieważ okazało się, że mogło być gorzej np. w chwilówkach kiedyś płacono 4zł/h a często spotykam ulotkarzy, którzy rozdawają za 5/5.50/6zł na godzinę. Choć z automatu pojawia się myśl "fajnie by było gdybym zarabiał 8/9/10zł na godzinę" to jednak okazuje się, że 7zł to całkiem niezła stawka jak na taką robotę. I świadomość, że zarobiło się ponad 1000zł. Jednak traktuję to jako chwilowy okres, który sporo mi dał. Nie chcę skończyć jak ten koleś z ulotkami, który rozdaje już 5 lat. Okres przychodzi i czuję, że jak przesadzę z rozdawaniem ulotek (jakbym np. rozdawał cały rok) to straci to sens i okazje do dalszego rozwoju. Dobry jest jako okres dwumiesięczny ale czuję, że marnuję swoją istotę stojąc tam, że jestem wart na zrobienie czegoś ciekawszego niż uśmiechanie się do kierowcy i życzenie miłego dnia gdy dostanie on ulotkę.

1 komentarz:

  1. Mikulew, nie obnażałbyś się publicznie...

    OdpowiedzUsuń

Proszę pamiętać o napisaniu swojego pseudonimu pod komentarzem jak nie masz konta